Navigation Menu+

Wodne szaleństwo w Hajduszoboszlo aquapark

Posted on Paź 17, 2016 by in Wyprawa na Bałkany | 7 comments

zjezdzalnie_wark_wodny_wegry

Kolejny dzień na Węgrzech zabierze nas w inny świat. Rozwiążemy zagadkę bezludnego miasta, będziemy spać w blaszanej budzie, wypromujemy nową powieść Stephena Kinga, spadniemy z 16 metrów i poznamy fajnych Polaków – bo są i tacy za granicą. Po drodze również cofnę Was w czasie.

 

 

Inny świat

W podróży granice pewnych norm społecznych jakby się zacierają. Zaczęło się już w polskim markecie pod Krakowem. Dla mnie normalna rzecz, chodzenie latem po sklepie pełnym ludzi w kompletnym rynsztunku motocyklowym wyglądając jak kosmita, Kasię wciąż zadziwia. Każdy się na Ciebie gapi bo wyglądasz jak przybysz znikąd: włosy ulizane od kasku, nieco ogłuszona mina, jakaś szrama odciśnięta na czole od szewka niby-bezszwowej kominiarki, jakby zimowy kombinezon w środku miejskiego lata, w ręce kask, na nogach ciężkie i szurające buciory. Ja to znam, nawet tego nie odnotowuję. Kasia jednak zauważa, że w codziennym życiu nigdy by tak nie wyszła do ludzi, a już na pewno nie bez skrępowania. Teraz jakoś nas to nie obchodzi, idziemy i się cieszymy, że nie musimy „wyglądać normalnie”.

Węgry, droga na Szeged. To samo poczucie luzu towarzyszy nam przy każdym naszym przystanku w drodze. A tych przystanków trochę jest – zupełnie inaczej niż zdaje się twierdzić większość motocyklistów w Internecie. To między innymi dlatego droga pochłania tyle czasu. Teraz akurat zatrzymujemy się przy jednym z przydrożnych sklepików. Czas na piknik. Piknik? Pikniiiiiik! To jedyna szansa na to aby dać odetchnąć naszym przegrzanym ciałom – istnieje nawet realne zagrożenie, że w przeciwnym razie można by dostać udaru… Pod kombinezonami mamy bieliznę termoaktywną. Poza juwenaliami nikt o zdrowych zmysłach nie wyjdzie z domu w, dajmy na to, samej piżamie. Jednak w podróży, przy upale katującym Cię niemiłosiernie od kilku godzin, jest Ci wszystko jedno. Scena mnie idącego wiejskim chodnikiem do węgierskiego sklepu, na boso i w samych tylko spodniach motocyklowych nie była dla nas niczym nadzwyczajnym. Szczególnie dla mnie, bo jej nie widziałem. Upał nie wypalił mi jednak resztek przyzwoitości i przed progiem ubieram koszulkę, szkoda by było resztę drogi jechać karetką w kaftanie.

postoj_pod_drzewemJa bez koszulki i bez kaftanu

przystanek_w_cieniuObraz zdecydowanie lepiej wygląda beze mnie…

 

Blaszana buda

Na tym etapie podróży zaplanowaliśmy sobie, oprócz tego, że nadal podróżujemy motocyklem, nocleg na campingu aby być sami sobie i beż żadnych towarzyskich zobowiązań. Dotychczasowa podróż trochę nas zmęczyła i przyda się nam odrobina wytchnienia. Jedziemy już i dopiero piąty dzień, bez żadnego dnia przerwy. Już, bo w tym upale, gdy nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich moto-maratonów czujemy zmęczenie w kilku częściach ciała, o których istnieniu dawno  zapomnieliśmy. Dopiero, bo to nasz piąty dzień, a to żaden dystans na wyjazd motocyklowy. Niezależnie od perspektywy, dzień lub dwa laby będą jak dla wartownika Pałacu Buckingham moment, kiedy po całym dniu bezruchu i maltretowania przez turystów, w końcu może się wzdrygnąć na myśl o tym wszystkim co w ciągu dnia przeszedł (przestał?). Camping daje się znaleźć po 10 min i już Witają Państwo polskie 😉

powitanie_po_wegiersku

Miejsce jest bardzo tanie co „wyjątkowo przyjmujemy bez sprzeciwów. Początkowy plan był taki, aby mieszkać w namiocie, jednak kątem oka dostrzegam cennik, który zdradza mi, że domki są tylko nieco  droższe od namiotów. W zestawieniu z tym, że nie musielibyśmy męczyć się z całym biwakowym sprzętem, domek wygrywa. Tylko ta jego nazwa mnie niepokoi – „domek bez komfortu”. Pytam panią z recepcji co kryje się pod tym tajemniczym określeniem i okazuje się, że nie ma on własnej ubikacji. To akurat przeżyjemy. Ostatecznie okazało się, że domek bez komfortu, nie ma też… komfortu. Blaszana budka wielkości małego kiosku, która przy motocyklu wygląda jak mini garaż dla niego. Stoi w słońcu więc rozgrzana blacha zwiastuje noc bez snu. Ma jednak jedną, niezaprzeczalną zaletę: jest. A dzięki temu nie musieliśmy wyciągać namiotowych klamotów, a potem ich upychać z powrotem do kufrów.  Bezkresna przestrzeń naszej willi zachęciła nas nawet do zostania tutaj dwa dni, naprawdę potrzebujemy odpoczynku i chcemy w spokoju nacieszyć się aquaparkiem. Podczas rozpakowywania zauważam przy pobliskim domku samochód na polskich numerach. Fajnie jakby to był ktoś wyluzowany. Teraz nie ma czasu tego sprawdzić. Szybki prysznic, ręczne pranko i idziemy na miasto.

motor_na_campingu_domek

Chwilowo fale morskie zastępują nam fale na blasze falistej.

 

Bezludne miasto

Ruszyliśmy w miasto. Tylko, że to miasto jakby śpi… Jest tak, jakbyśmy wylądowali w jakiejś nadmorskiej miejscowości w Polsce, która ożywa na dwa miesiące sezonu, a potem zapada w letarg na kolejne dziesięć. Przed nami  stoi właśnie ten obraz posezonowej pustki. Ale tylko ludnościowej bo reszta ewidentnie świadczy o tym, że sezon jest już w pełni. Czuję się tu jak w Łebie albo innym Władysławowie opuszczonym w środku sezonu przez turystów. Co kawałek wypożyczalnie rowerów i czterokołowców napędzanych siłą mięśni. Jakieś salony z cymbergajem, całe pasaże obstawione budkami z pamiątkowymi bzdetami, które po powrocie do domu rzucasz w kąt i na zawsze zapominasz. Typowo turystyczna, nadmorska miejscowość. Tylko, że… tu nie ma morza… Najbliższe morze oddalone jest o ok. 570km w linii prostej. A jednak czuć ten klimat wakacji z dzieciństwa. No nic, teraz najważniejsze, że czynny jest Aquapark, a chwilę przed tym delikatesy.

jemy_obiad_w_parkuMy po wizycie w delikatesach. Konserwowy chillout w parku i radlerek 😉

 

Ceny na Węgrzech są niższe niż w Polsce. Szczególnie gdy mówimy o Aquaparku.  Zważywszy na zawartość małego chłopca w dorosłym facecie  jaką potrafi to miejsce w  Tobie wyzwolić to cena jest rewelacyjna! Jest 1600, przez chwilę zastanawiamy się czy aby nie poczekać do 1601. A tak na prawdę to  myślimy czy warto nam wchodzić na ostatnie 3 godziny, jeśli jutro też jest dzień i możemy cały spędzić nad wodą. Ostatecznie wchodzimy już dziś, bo za dużo sobie po tym miejscu obiecywaliśmy aby czekać na nie choćby o minutę dłużej (czyli do 1602).

 

Jak spadać z kilkunastu metrów i dobrze się bawić.

 

To był zdecydowanie dobry wybór. Planowałem opisać tu nasze wodne wrażenia chronologicznie, jednak tego nie zrobię! Miał być wewnętrzny chłopiec to jest! Lecimy dalej! Dużo dalej i dużo wyżej! A w zasadzie to niżej bo lecimy w dół… Po tym co przeżyliśmy w aquaparku Bø Sommarland w Norwegii dwa lata temu, myślałem, że jeszcze długo żadna atrakcja w parku wodnym nie będzie mnie w stanie tak naładować adrenaliną. Zdążyłem to powiedzieć Kasi, minutę przed tym zanim zobaczyłem strefę extreme. Czemu ja zawsze muszę coś wykrakać?! Stoimy właśnie jakieś 16 metrów nad ziemia i czuję jak w brzuchu lata mi cały rój os. Wychylam się przez barierkę i nie mogę uwierzyć, kto kur2  wymyślił to obłędne miejsce!!! Rój os podlatuje wyżej i wypełnia klatkę piersiową gorącym ciężarem, który pulsuje w ten sam rytm co moja głowa.

widok_ze_zjezdzalni_wodnej

 

zjezdzalnia_wodna_z_dolu

Labirynty zjeżdżalni wodnych przeplatają się w swoim locie ku spotkaniu gruntu, niektóre miejscami zlatują prawie pionowo w dół. Kwintesencją jest kapsuła zawieszona tylko trochę niżej. Wchodzisz do środka, obsługa zamyka za Tobą szybę i stoisz czekając. Decyzję raz podjąłeś i nie ma już odwrotu. Słyszeliście określenie, stracić grunt pod nogami? To chyba kierowało konstruktorem tej zjeżdżalni, bo za parę sekund, nie wiesz kiedy, podłoga pod Twoimi stopami zniknie, a Ty przeszywając ciemność polecisz pionowo w dół! Nie wierzę, że to robimy!

ekstremalne_zjezdzalnie_europa kasia_na_zjezdzalni_wodnej dawid_w_kapsule

Niespodziewanie, jeszcze mocniejsze od kapsuły okazują się najwyższe zjeżdżalnie, idzie dostać zawału już na sam widok roztaczający się z wieży, a Ty jeszcze musisz się dobrowolnie z niej wyrzucić. Mega odlot! Po prostu musisz to zrobić! Przepięknie resetuje umysł 😉 Swoją drogą to ciekawe jak dojeżdżają (z) do pracy panowie co obsługują te zjeżdżalnie ;D

 

Stephen King tu był.

No tak, przelecieliśmy od razu do ostrej jazdy i nie wiecie co można było w aquaparku robić po drodze. Nie szkodzi, pozwólcie, że cofniemy się nieco do chwili gdy tam weszliśmy (ale to nie jest jeszcze TO cofnięcie w czasie, to jest takie zwykłe cofnięcie, a TAMTO dopiero będzie). Jest 1602, zaraz za bramą wejściową przechodzisz przez zielony park cały zasłany w opalających się turystach. Tym samym rozwiązałeś zagadkę opustoszałego miasta – pod ogromnym wrażeniem bystrością swojego umysłu przybij sobie mentalną piątkę i idź dalej.

Za parkiem widzisz całe skupisko basenów, chłodna mgiełka okrywa Twoją spaloną skórę gdy stajesz między kilkoma z nich. Od tygodnia, codziennie jest 35 stopni Celsjusza i zdaje Ci się, że na ten moment czekałeś całe swoje życie. Z ekscytacji na sam widok takiej ilości chłodnej wody, nie wiesz do którego basenu najpierw masz się rzucić  i stoisz tak sparaliżowany szczęściem. Stoisz i stoisz, decyzję jest coraz trudniej podjąć z każdą uciekającą minutą. Słońce wysusza Cię coraz bardziej i stopniowo odbiera Ci resztki energii jakie jeszcze miałeś gdy tu stanąłeś. Powieki stają się coraz cięższe, a Twoje ruchy powolne i niemal sprawiające ból. Zanim słońce mozolnie schowa się za horyzont, Ty już całkiem opadniesz z sił. Już nawet zapomniałeś po co tam przyszedłeś. Kompleks powoli pustoszeje. Ty nie mogąc utrzymać się już na nogach padasz w tym swoim niezdecydowaniu na rozgrzane całym dniem płytki. Jesteś kolejnym, który dał złapać się w tę pułapkę…
Nowa powieść Stephena Kinga o basenie („Oba se nie popływali”), tylko w małych kioskach.

A już z normalnych rzeczy, to do wyboru jest kilkanaście mniejszych lub większych basenów o wszelakich kształtach. Pławimy się raz w basenowym błękicie, raz w brązowej, dziwnie pachnącej wodzie prosto z uzdrowiskowych źródeł. Jednak jako, że nie przyszliśmy tu spędzić dnia w basenowym bezruchu, pędzimy na falę! Ten basen od razu zwrócił naszą uwagę ze względu na jego dziwny kształt. Jest płytki do kostek z jednej strony i przez długi czas idąc w przeciwnym kierunku nie zamaczasz się o wiele bardziej. Ostatecznie sięga może do klatki. Oczywiście musieliśmy go wypróbować, ale nic ciekawego nie doświadczyliśmy. Dajemy właśnie uzdrowić się wodzie ze źródeł gdy nagle słyszymy syrenę alarmową i po paru sekundach spory tłum otacza nudny jeszcze niedawno basen… Towarzyszy temu sinusoida grzmotów i  radosne okrzyki. Lecimy! Gdy dolatujemy, okazuje się, że z głębszej części basenu wyzwalane są bardzo duże fale, a w środku basenu upchnięta jest blisko setka ludzi chcących przeciwstawić się tej niepowstrzymanej sile. Oczywiście, że wskakujemy między nich i torujemy siebie drogę do przodu, tam gdzie, sądząc po okrzykach i minach jest najzabawniej. Jest tak zaiste i nie możesz przestać się śmiać. Przerwy robisz sobie tylko aby wykaszleć wodę jaka wlała Ci się do nosa i bawisz się dalej. Kolejna syrena, stop. Basen pustoszeje. Życie wraca do normy, znowu można pić tylko ustami.
Idąc dalej dochodzimy do jakby sztucznego jeziora. To kolejny basen ale ten ma bardzo nieregularne kształty, wszelki zakres głębokości i na jego brzegu jest plaża. Na około plaży budki z lodami, pamiątkami i… inne baseny. Super miejsce na relaks. No ale nie tylko takiego wypoczynku tu zaznasz. Jeszcze nie wchodząc do strefy ekstremalnej, w dodatkowo płatnym Aquaparku masz dostęp do baaardzo przyzwoitych zjeżdżalni. W zasadzie to póki nie zobaczyłem za dziesiątym razem z ich czubka kolejnej, jeszcze wyższej wieży ze zjeżdżalniami (extreme), to już mówiłem, że całkiem przyjemnych wrażeń dostarcza to miejsce. Właśnie wtedy nadmieniłem o jakoby niemożliwości przebicia norweskiego parku przez ten tu. O tym jak się myliłem już wiecie.

O godzinie 1900 zamknęli strefę ekstremalną. W sumie to i tak nie mielibyśmy siły na nic więcej… Wychodzimy z aquaparku i z radością widzimy, że lud wyszedł na ulicę. Teraz mamy tu polskie morze w pełnej krasie. Są nawet prawdziwi sztuczni Indianie grający na fujarkach kłantanamere. Kłaaaaaaaantanameeeeera o o oo o kłaaaantanamera – gra już Wam w głowie? No to miłego cofania w czasie.

 

Fajni polscy ludzie.

Gdy już melodia ulatuje nam z głów, siadamy na chwilę i patrzymy się na ludzi. Wracamy do naszego domku, żeby wypocząć po całym dniu wrażeń. Poznajemy naszych polskich sąsiadów. Cała rodzinka od osiemdziesięciokilkuletniej seniorki, aż po kilkuletniego małolata.

fotka_z_polska_rodzina

Bardzo sympatyczni ludzie, z którymi co jakiś czas gaworzymy podczas kolejnego dnia. Campingi i hostele w tym są właśnie lepsze od hoteli – ludzie tu są na siebie otwarci. Oczywiście można różnie trafić, ale zdecydowanie częściej w miejscach takich jak to spotkasz ludzi, którym chce się z Tobą miło porozmawiać, czy chociaż do Ciebie uśmiechnąć, a to naprawdę poprawia Ci dzień (i im). Kolejną rzeczą jaką można na tym zyskać jest wiele informacji, albo nawet ta jedna, której wcześniej nie znałeś o miejscu w którym aktualnie jesteś. My na przykład dowiedzieliśmy się od Pana Władysława, że nasz camping oferuje tańsze wejściówki do aquaparku (cały dzień w tej samej cenie co normalnie za wstęp po 16ej). Wstrzelił się z tym newsem idealnie ponieważ cały kolejny dzień zamierzaliśmy spędzić wylegując się nad, pod i na wodzie, oraz czasem pędząc w jej kierunku na zjeżdżalni. Tak więc dwie noce minęły nam w Hajdusoboslo jak z bicza strzelił. Specjalnie napisałem, że z bicza a nie z bata, bo tutaj strzelił z bicza wodnego.

Ranek kolejnego dnia musieliśmy wpuścić do naszego domku już o czwartej nad ranem. Do tego czasu, z zamkniętego domku, pod wpływem ciepła uleciały resztki tlenu. Przy otwartych drzwiach znowu dało się żyć i dospać do jakiejś sensownej godziny. Przed wyjazdem ubieramy się w cieniu, jednak jak to już czuliśmy wielokrotnie, mając na sobie jeszcze samą bieliznę już czujemy pot spływający nam po plecach. A kombinezony dopiero przed nami… Przy pożegnaniu z naszymi sympatycznymi sąsiadami, daliśmy im na pamiątkę magnes na lodówkę, jakich cały zestaw zaprojektowaliśmy specjalnie na naszą podróż. Niespodziewanie Pan Władysław również podarował nam świetną pamiątkę, której dane było z nami dojechać aż do Albani gdzie jeden „dziadzin” odgryzł jej ucho, ale o tym później. Teraz jedziemy do Szeged!

Wpis poprzedni
Wpis kolejny

Podobało się? Kliknij fejsowego lajeczka poniżej. A co tam! Kliknij też share i niech inni również się dobrze bawią przy czytaniu 😉 Mnie natomiast będzie przemiło wiedząc, że lubicie to co piszę 😉

7 komentarzy

  1. Się działo! Aż takich wodnych szaleństw jeszcze nie zaznaliśmy. Ale konserwowy chillout znamy i mamy nawet ten sam widelczyk! A nie, sorry, ostatnio się złamał i spłonął w ognisku, ale został niebieski 😉 My właśnie w fazie odpoczynkowej, po 2 miesiącach niemal ciągłej jazdy z wielką ulgą pozwalamy sobie na „wzdryg wartownika” jak to porównałeś 🙂 Pozdrawiamy ze skalistej, piaszczystej i zachwycającej Utah!

    • Yo! Miło Was słyszeć! Śledzę na bieżąco Wasze poczynania na FB i 3mam kciuki. Miłego wypoczywania 😉
      A widelczyk, na moje, spełnił swoje przeznaczenie bo to pewnie był by Lightmyfire ;))

  2. Kapitanie Kirk, z kapsułą teleportacyjną Panu do twarzy, Ka również. Czekamy na więcej – this is going to be LEGEN…wait for it…DARY!

    • hehehehe, Pan jest komentarzowym Asem ;D

    • Dzięki za pośpieszajkę 😉 Faktycznie, trochę się zastałem. W poniedziałek nadleci kolejna porcja dobrych wrażeń 😉

  3. Jazda bez trzymanki to jest to. Konkurencja była by na Majorce. Jest tam kompleks basenów. Pewnie też był by okej dla Was 🎢🌍

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close