Navigation Menu+

Pirotechniczne powitanie

Posted on Gru 7, 2016 by in Wyprawa na Bałkany | 1 comment

nazwa_miasta_wielka_ozdoba

Nadchodzi co było zapowiadane!

Jak mówiłem, wczoraj były mikołajki (gdybym nie mówił to by ich nie było, więc sami wiecie komu dziękować) tak więc Święty z brodą przyniósł Wam nie tylko nowy wpis ale i też mikołajkową muzę (też z brodą…).

    Pirotechniczne powitanie Najbardziej na siłach trzyma mnie myśl, że dziś spotkamy Norberta! To była pierwsza osoba, która odpowiedziała na moje otwarte zapytania couchsurfingowe w związku z tą wyprawą. Jeśli czytaliście już jak planowaliśmy drogę, to rozumiecie, że było to dla mnie wielkie wydarzenie, dostać pierwsze zaproszenie z Europy. Wtedy pomysł stał się czymś realnym, wiedziałem już, że w podróż ruszymy naprawdę! Jego wiadomość była tym  oryginalniejsza i nastawiająca pozytywem, że zaczynała się polskimi zdaniami WOW!  „Polak Węgier dwa bratanki i do szabli i do szklanki”. Z resztą cała treść była z jajem, czyli tak jak lubię (czytałbym!). Od pierwszych linijek wiedziałem, że się dogadamy. Czasem gdy szukam hostów lub otrzymuję zapytania o kanapę na CS to występuje u mnie to uczucie, gdy w jednym momencie WIEM, że to jest TA osoba. W jego przypadku właśnie tak było. Musi być fajnie i to nas trzyma przy życiu w lejącym się z nieba upale. Przebijamy się wreszcie z wioskowych ścieżek na autostradę do Szeged i w końcu wita nas upragnione miasto. Od wjazdu nie robi ono jednak na nas najlepszego wrażenia. Szaro, buro i ponuro. Przedmieścia idealnie nadają się pod ten opis. Nawet przeszła nam przez głowę myśl, czy aby na pewno chcemy tu zostać. Im głębiej tym wcale nie lepiej. Dzielnica w jakiej mieszka nasz host niczym się nie wyróżnia. Szare bloki ustawione równo przy szosie i nadający im koloru supermarket. Jest też oczywiście apteka, tej nigdy nie może zabraknąć! Staramy się jednak nie zniechęcać pierwszym wrażeniem, bo najlepsze dopiero przed nami, zaraz poznamy naszego spoko gospodarza. Parkujemy pod blokiem i czym prędzej piszę do niego, czy by nie zszedł (na wieść o tym, ze już jesteśmy). Okazało się jednak, że udało mu się pozostać przy życiu i za chwilę był już koło nas. Spodziewane przeze mnie towarzyskie fajerwerki niestety nie wystrzeliły… Atmosfera między nami była lekko nieswoja. Norbert nieśmiało się z nami przywitał. My nieco zdziczali po przejechaniu tylu godzin w słońcu, nie widzieliśmy czy mamy poświęcać więcej uwagi jemu czy tonie bagażu jaki staraliśmy się odpiąć od motocykla. Nie chciałem aby za długo na nas czekał i jednak bardziej skupialiśmy się na szybkim demontażu worów, worków, plecaków i pojedynczych gadgetów, oraz aby nie zgubić połowy sprzętu w całym tym zamieszaniu. Chcieliśmy szybko to zakończyć i przejść do następnej fazy, zdawało się, że w mieszkaniu gdy już będzie czas na pogadanie, zrobi się bardziej swojsko. Błędem było wzywanie go od razu po zajechaniu bo cała akcja zajęła nam dobre 15 minut (w głowach jednak czas ciągnął się jakby wskazówka sekund została ukarana prędkością tej małej). Podczas naszej bagażowej batalii Norbert mógł tylko stać i podziwiać czubki swoich butów. Było dość krępująco. Musimy zapamiętać sobie na przyszłość aby po przyjeździe najpierw się nieco przygotować do bagażowej ewakuacji, a dopiero potem wzywać gospodarza.   Komuna is not dead. Jeśli klatkę w bloku można by nazwać osobliwą to wizjer w drzwiach do mieszkania powinien się pojawić w magazynie National Geographic. wegry_komuna-1 Wnętrze bloku zapewne pamięta wczesną komunę i długo nie pozwoli o niej zapomnieć swoim mieszkańcom. wegry_komuna-2 Wizjer drzwiowy rodem z więziennej celi z prozy Aleksandra Dumas.   W mieszkaniu atmosfera nieco się oczyszcza. Norbert oferuje nam, żebyśmy się rozgościli i wzięli prysznic podczas gdy on, ku udostępnieniu nam więcej swobody, posiedzi w pokoju swojego współlokatora. Zgodnie z oczekiwaniami dość szybko zaczynamy nadawać na tych samych falach i gdy pod wieczór jesteśmy w komplecie czterech osób, my i 2 współlokatorów, luźnym gadkom nie ma końca. Szeged daje się też poznać jako bardzo urokliwe miasto.   O jego urokach, węgierskich smaczkach oraz kukurydzianym ratowniku przeczytacie w kolejnym poście. Widzimy się  tu w piątek! Stay tuned!   Wpis poprzedni Wpis kolejny Nie zapomnij polubić wpisu! Dzięx! 😉

1 Comment

  1. Przygoda się rozkręca fajnie🍻

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *