Navigation Menu+

Węgry nieznane

Posted on Gru 9, 2016 by in Wyprawa na Bałkany | 3 comments

pomnik_zolnierz_graffiti
Kukurydziany ratownik i węgierskie smaczki   Jesteśmy w Seged na Węgrzech. To nasz piąty dłuższy przystanek w mającej trwać 2 miesiące podróży motocyklowej po Bałkanach. Razem z naszymi gospodarzami na nowo odkrywamy ich rodowite miasto. To kolejny pozytyw wymiany kulturowej o jakiej wcześniej pisałem, a jakiej doświadczamy. Ciężko to sobie wyobrazić ale, dzięki gościom możesz poznać zakamarki miasta, w którym spędziłeś całe swoje życie, a o których nigdy wcześniej nie słyszałeś. Okazuje się na przykład, że nigdy nie byłeś w tej lodziarni co jest tu już od piętnastu lat i każdy Ci o niej mówi, że jest „cool” (jak to lodziarnia), albo że nawet nie zdawałeś sobie sprawy, że od pięciu lat już istnieje w centrum lokal serwujący Twoje ulubione dania. Zawsze na niego czekałeś nawet nie wiedząc, że on już jest. W Szeged mieliśmy właśnie takie przypadki. Na przykład skąd niby chłopacy mieli wiedzieć, że mają tam knajpę, której właścicielem są koty. Albo o tym jakie może być tam potencjalne danie, przypuszczalnie, psy. UWAGA – to nie był żart! Nie śmiejcie się! Naprawdę, nie chcę aby to uchodziło za żart, bo jak teraz go czytam to brzmi słabo. A nie dla słabych żartów jest ten blog! To po co jest ten blog zapytacie? Choć nigdy nie obawiałem się, że ktoś zapyta... Po co?! Po to: Co ja mogę na to, że takie kotowo-psowe spostrzeżenia narodziły się nam w głowach gdy siedzieliśmy z naszymi gospodarzami w hamburgerowi Cirmi (po węgiersku kot).  Wtedy jeszcze to wszystko brzmiało śmiesznie 😉 Tak jak mówiłem w poprzednim wpisie, dogadujemy się tu ;D Cirmi - miejsce z bardzo fajnym oldschoolowo-chilloutowym klimatem i wypasionym żarciem, trochę drogie ale warto spróbować. dwóch_wegierskich_chlopakow Cirmi. Nasi gospodarze, Bracia Dalton ;D oryginalne_wnetrze_restauracji Cirmi w środku. Jak widać kotów musiało być dużo i przyjechały tutaj z daleka. Walizek tu tyle co w escape roomie 😉 Innym miejscem żywnościowym wartym odwiedzenia w Szeged jest knajpa Bocitejivo. Zjesz tam za grosze całkiem fajny węgierski przysmak – makaron z cukrem i boczkiem (zapomniałem nazwy). Pamiętam natomiast jak powiedzieć po węgiersku „było pyszne”, fonetycznie finom wolt. wnetrze_taniego_dobrego_baru Miejscówka wygląda po prostu zwyczajnie, ale serwuje fajne dania. Z miejsc, które chłopacy znali i byli radzi nam pokazać była też piwiarnia Malata gdzie siedzisz sobie w ogródku piwnym między kamieniczkami - klimat trochę jak na placykach w Barcelonie. Jeśli byłeś pierwszy to może nawet chillujesz się na leżaku i rozkoszujesz tym luzem zawieszonym w powietrzu. Ciekawiej byłoby tylko na hamaku, kiedy Ty też byś był zawieszony w powietrzu 😉 Jest jak na wakacjach. Ogródek obsadzony jest rosłymi drzewami, a zza baru syczy pachnące mięcho z grilla. Na to wszystko masz milion smaków piwa na wyciągnięcie ręki. Jest dobrze.   Kukurydziany ratownik a nie, jeszcze pokażę Wam pomnik małego konia... pomnik_malego_konia Mały koń. Bez obaw. Wszystko jest w miarę pod kontrolą bo mają też pomniki normalnych koni.   Kukurydziany ratownik Gdy siedzieliśmy przy piwku i rozmawialiśmy sobie o bzdurach, można było swobodnie doświadczyć inności języka węgierskiego od wszystkiego co znamy. Przysłuchując się, nie można zrozumieć nawet pojedynczego słowa, choć o dziwo są też wyrażenia podobne do innych języków. Na przykład wspomniane wcześniej strand, czyli plaża (podobnie jak w norweskim) czy barka, znacząca to samo co w Polsce i kukurydza, która po węgiersku brzmi kukuryca 😉 Gdy już przy niej jesteśmy to Norbi pracuje na polu kukurycy. Zanim zdążył dokładnie opisać co tam robi, już było za późno. Jeden przez drugiego dopisując całe ciągi zdarzeń do każdego jego słowa ochrzciliśmy go ratownikiem na polu kukurydzy… taki ratownik co ratuje każde ziarenko kukurydzy wybuchające na plantacji pod wpływem słońca, leci do niego w zwolnionym tempie jak w Słonecznym patrolu. Ma swoją wieżę ratownika i wszystko co trzeba… Z tą opowieścią to miał chłopak przekichane niemal jak ja gdy kiedyś moim kuzynom opowiadałem historię szwedzkiego radiowozu co miał koguta w kabinie (sami sobie dopiszcie resztę).  Jak widzicie, dobre mają piwo w tej knajpie ;D bar_przy_piwie O i co do węgierskich słówek jeszcze. Jest też w węgierskim wyrażenie Sii ja! (zapis fonetyczny). Oznaczające, nie jak w angielskim entuzjastyczne pożegnanie, a powitanie! Noo chyba, że jest się z kimś w bardzo bliskich relacjach to możecie się tak też pożegnać…   Jak już się zrobił z tego wpis pełen nieśmiesznych żartów to łapcie to. Na pewno każdemu w życiu grożono w ten sposób. - Kowalski, nie śmiej się! Co to ma być! Ja Ci się zaraz zaśmieję! Co to w ogóle jest za groźba?! ;D Chciałbym zobaczyć jak wyglądałoby takie karzące zaśmianie, np. dyrektora podstawówki, który rzucił to uczniowi 😉 Właściwie to przed chwilą to zobaczyłem 😉 Pamiętajcie, to nie jest moje ostatnie słowo! Więcej moich słów znajdziecie w kolejnym wpisie. A w nim Las Vegas Parano, kolęda po Węgiersku, król sucharów oraz obiecani dwa wpisy wcześniej, Polscy Wymiatacze Ludowi hej. Wpis poprzedni Wpis kolejny

3 komentarze

  1. No to jedziemy dalej, cierpliwość nagrodzona.

    • cieszymy się, że Ty wciąż z nami 😉

  2. No kukurydza jak się patrzy gigant i te kocury 🐱🐺🐺🐱

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *