Navigation Menu+

Mocny wjazd na Węgry

Posted on Paź 4, 2016 by in Wyprawa na Bałkany | 5 comments

spiwory_na_podlodze

Gratuluję drogi Czytelniku. Dotarłeś do czwartego dnia naszej wyprawy motocyklowej na Bałkany. To dziś spotkali nas basenowi jaskiniowcy, babcina gościna i blokada, którą wcina. Ale o tym za chwilę… Teraz posłuchaj przyjemniackiej nuty…

      Basenowi jaskiniowcy.   Budzimy się rano zalani skwarem. To była jedyna miejscówka pasująca nam pod namiot i nawet nie szukaliśmy kierunku, z którego rano będzie wstawać słońce. Teraz poczuliśmy to w postaci tropikalnego mikroklimatu pod tkaniną naszego schronienia. Przynajmniej wstaliśmy wcześnie bez budzików. Dziś Kasi wielki dzień! Idziemy na baseny, a ona czuje się tam jak dziecko w wodzie! Jeszcze tylko udało się jej nakłonić mnie do porannych ćwiczeń i… można się pakować. Jesteśmy w tym chyba coraz lepsi, ale i tak około godzinę, półtorej zajmuje nam zebranie sprzętu. Do tego żar lejący się z nieba prosto na nasze głowy… W taki dzień jak dziś chciałbyś wejść pod kamień… Mamy jednak lepszy pomysł, wejdźmy do jaskini!
BTW, gdybyście szukali miejsca na rozbicie namiotu na dziko w okolicy kompleksów basenowych Miskolc Tapolca Barlangfurdo, to oto ono: THE PLACE: kierujcie się z Miskolc do kompleksu basenów i około 1-2km przed nim, przy drodze, po lewej stronie stoją dwie kamienne baszty (ok. 4m wysokie). Jest tam też przystanek komunikacji miejskiej nazwany „Turistpark”. To właśnie tam w lasku zobaczyliśmy kilka camperów i namiotów rozsianych między drzewami. Nie potrafię powiedzieć czy to do końca legalne, ale było nas tam z 10 brygad, wiec to chyba jakaś typowa miejscówa (rano wszyscy zniknęli…). Sam park jest po prawej i tam nie było żadnych rozbitków.
Barlangfurdo. Baseny są ciekawym doznaniem i pozwalają nam wypocząć po trudach poprzednich dni. Zbudowane w ogromnej części w jaskiniach i na bazie źródeł termalnych są bardzo interesującym miejscem. Zanim zwrócisz uwagę na wodę w której pływasz, nie możesz oderwać oczu od sklepienia, z którego zwisają jakby odlane ze skał kształty. To są prawdziwe jaskinie (a nie jakieś tam na niby) i jeśli do tej pory w żadnej nie byliście, albo byliście i się podobało, to polecamy zajrzeć do Miskolc na Węgrzech bo robi to wrażenie. Nie musisz podziwiać wszystkiego tylko z perspektywy wody, w jaskini wije się bowiem kilka tuneli do pieszych spacerów gwarantujących oglądanie sklepienia z jeszcze bliższej odległości. Jeżeli komuś znudzi się przebywanie we wnętrzu ziemi to może wypłynąć na zewnątrz bo kompleks ma też sporą część pod gołym niebem. motocyklisci_na_basenie No dobra, baterie podładowane, więc znowu piękni i młodzi możemy ruszać do akcji!     Winne mi czego te krzewy? Droga na Nyiregyhaze prowadzi przez Tokaj, „winnicę Węgier”. Z drogi widzimy piękne góry, może niezbyt wysokie, ale o doskonale nasłonecznionych zboczach. Wszystko obsadzone równiuteńkimi rządkami krzewów winnych (czemu są one winne to nie wiem). widok_na_tokajskie_winnice   Od podnóży gór ciągną się bezkresne uprawy słoneczników, taka żółto-zielona kraina winem i olejem płynąca. Van Gogh miałby tu co robić. Ciekawe wrażenie sprawiają dopiero co zmłócone, ogromne pola obłożone okrągłymi snopami słomy. Miejscami dosłownie (albo dosłomnie) rozciągają się aż po szeroki horyzont i sięgają na pewno jeszcze daleko za niego. Niestety nie zrobiliśmy tu za wiele zdjęć, w zasadzie to prawie żadnego… Naprawdę nie zdajecie sobie sprawy z tego jak wycieńczający jest ten upał… człowiek nie ma ochoty nawet poruszyć ręką. Dobrze, że motocykl skręca balansem ciała, a nie kierownicą bo nie miałbym siły kierować. Zatrzymanie się, cofnięcie oraz ustawienie się do dobrej fotki przyrównałbym do dobrowolnego, mozolnego wejścia do bulgocącej lawy. Do tego wszędzie gdzie widać fajną scenerię są ciągłe linie i brak pobocza… Nieeee. Z przyjemnością zdaję Wam tę relację, jednak koniec końców to są nasze wakacje i chcemy cieszyć się spędzonym tam czasem nawet kosztem stracenia dobrego kadru. Jeśli nie uda nam się po drodze wszystkiego zobaczyć czy sfotografować, przynajmniej będzie do czego wrócić. Może wtedy bez motocykla, a ze sprzętem foto i w krótkich spodenkach 😉 Ledwo co starczyło nam motywacji, aby po drodze zatrzymać się w lokalnej winiarni i kupić sprzęt na nasze dzisiejsze spotkanie. Host napisał, że czeka na nas kolacja więc wypada docenić jego wysiłek. kasia_przed_tokajska_winiarnia     Babcina gościna.   Przez węgierskie wioski, otoczeni żółtym morzem słoneczników przybywamy do Nyiregyhazy. Miasto jak każde inne, szaro tu i blokowo. Dojeżdżamy do naszego gospodarza. Akademik. Mmm przypominają się studia z tą różnicą, że teraz nawet przed imprezą nikogo nie mogę zrozumieć. Nasz pierwszy „bałkański” gospodarz wita nas ze schodów. Duży facet z miłym wyrazem twarzy. Na rozpoznanie terenu puszczam kilka niskobudżetowych żartów. Widzę, że muszę nieco utemperować swoje poczucie humoru i już nadajemy na podobnych falach. Okazuje się, że w akademcu  tylko zjemy kolację, a później udamy się do jego biura gdzie mamy nocować. Biura? WOW! Studiowałem przez 7 lat, ale biura własnego tam się nie dorobiłem… człowiek musi się jeszcze wiele nauczyć. Akademik typowy jak na okolice centrum miasta. Stary, ogromny budynek, nie zaznał remontu od momentu budowy. Wszędzie wysokie na 3 metry drzwi, niektóre się już nie zamykają. Garry przyjął nas w stołówce. Długie szare firany w oknach powstrzymują światło przed wdarciem się do środka, pociemniała boazeria na ścianach i suficie, pod nim obok lamp jak z Mario Bross zwisają resztki baloników i wstążek po sylwestrze 1985. Stado foteli na których siedziały niezliczone rzesze studentów zanim impreza się rozkręcała i długi na 10m ciąg świetlicowych stołów w kolorze późnego PRL. A na końcu tego ciągu, jeden z nich nakryty białym obrusem… Niemały szok przeżyliśmy, gdy ujrzeliśmy ten obraz. W tej osobliwej scenerii czekała na nas, ratująca nasze wysuszone słońcem życia, kolacja. Tym bardziej nam się podobała, bo miała ten akademico-studencko-cofający w czasie klimat. Cała zastawa z babcinej kolekcji. Każda rzecz od innej babci. Jedna szklanka w wisienki, a drugi kubek w choinki.   goscina_w_wegierskim_akademiku Fantastyczna gościna. Taka rodem z filmu fantastycznego. Nasz gospodarz bardzo się przejmował tym, czy aby na pewno nam dobrze i cały czas nas przepraszał, za zaistniałą sytuację. Tylko jaką? Jesteśmy wniebowzięci! Oszroniona butelka coli uśmiecha się do mnie ze stołu… Podczas rozmowy dowiadujemy się, że Garry studiuje pielęgniarstwo jednak jak wielu ludzi nie jest zadowolony ze swego wyboru i obecnie pracuje w biurze karier. Lubi podróżować choć ostatnio trochę się zastał. Największą wyprawą jakiej się podjął był autostopowy wyjazd z Węgier do Niemiec, do Hamburga. Zaznał wtedy wiele pomocy od obcych osób i teraz próbuje, choć częściowo, spłacić ten dług. Cieszymy się, że możemy mu w tym pomóc 😉 Opowiada nam o Czechu, który zabrał go po drodze, a z którym nie mógł się w żaden sposób dogadać. W ogóle to mało narodów potrafi się z Węgrami dogadać ze względu na ich nie mający nic wspólnego z czymkolwiek język. Na przykład słowo policja, brzmiące w większości najpopularniejszych języków zbieżnie: policja, policia, politi, police, polizei, полиция (policija), polizia, policie itd. po węgiersku wygląda tak: wegierski_radiowoz   Wróćmy jednak do naszego bohatera. Węgier i Czech jechali samochodem, porozumiewając się całą drogę na migi i inne znane pół-słówkowe sposoby łamania barier językowych. Niestety najskuteczniejszą z nich (oprócz uczenia się języków) czyli piwa, nie mogli wypróbować gdyż Czech prowadził – a przecież nie chcieli się narazić rendorseg. Nie było między nimi żadnego sensownego porozumienia, jednak kierowca podwiózł Garrego nawet dalej niż sam miał zamiar jechać, a na koniec nawet postawił naszemu koledze obiad. W ciągu całej swojej drogi do Niemiec, Garry nie miał lekko. Najdłuższym okresem bez snu było dla niego 30h (to tylko 5 razy mniej niż stwierdzono u Prince’a ;p). Kiedy w końcu dojechał na miejsce (co zajęło mu dwa tygodnie), zostawił bagaż w dworcowej przechowalni i spał przez cały dzień w pobliskim parku. W podróż zabrał ze sobą 500E, z czego 200E wydał na dojechanie do Niemiec. Wracając już pociągiem, mając pozostałe 300E w kieszeni, musiał się zadłużyć na zakup biletu powrotnego.     Blokada, którą wcina.   Przy ciekawej rozmowie i wymianie historii swego życia (domyślam się, że nie po raz ostatni w ciągu tej podróży) docieramy aż do deseru. Czas udać się do zapowiadanego biura. Podczas gdy na miejscu my nosimy bagaże, naszego gospodarza nie opuszcza panika o to, że w mgnieniu oka pokradną nam co tylko nie będzie na stałe przyczepione do motocykla. - Stary, my z Polski jesteśmy. Wyluzuj, chyba nie ma tu gorzej niż u nas? Mówiąc to, wyjmuję blokadę aby zabezpieczyć motocykl na noc. Jest to urządzenie antykradzieżowe, zakładane na koło zaparkowanego motoru. Ma ono wbudowany alarm, włącza się gdy coś poruszy motocyklem. Na razie jednak zostawiam ją na kufrze, przecież jeszcze będę szarpał się z motorem opróżniając kufry. Garry mówi, aby to schować bo ukradną. Myślę sobie, on by się bał o tę blokadę nawet gdybym ją już przypiął do motocykla. Zostawiam ją gdzie była i idę na 40 sekund do biura. Wracam i blokady nie ma…     Ciąg dalszy w kolejnym odcinku.                 Żartuję. Aby poznać dalsze losy blokady, należy wysłać SMS o treści BOLI MNIE NOGA na numer 7.         Dziękuję za wszystkie nadesłane SMSy niestety nie mogę na nie odpisać ponieważ mam tylko telefon stacjonarny.     Wracając do blokady. Zniknęła! Chciałbym aby ktoś wtedy zrobił zdjęcie mojej minie. Nawet się zastanawiałem czy złodziej, albo raczej kawalarz bo to przypominało jakiś nie śmieszny żart, nie robi mi właśnie fotki gdzieś z krzaków… Rozglądam się swoim zgłupiałym wzrokiem po balkonach, może ktoś coś widział, może ktoś coś wie… Ale przecież nie zapytam o to nikogo bo czuję się jak ostatni idiota nawet i bez tego… JAK TO MOŻLIWE?! Otwieram siedzenie aby wyjąć kolejne zabezpieczenie. Gruby łańcuch z kłódką którym przypina się motocykl do stałych elementów krajobrazu żeby go w czterech chłopa nie wynieśli. Mogłem nim przypiąć moją blokadę… Patrzę, a zguba jest pod siedzeniem! A no tak, przecież jak już mi tyle gadał to ją tam schowałem, a potem o tym zapomniałem… Znacznik na skali humoru wędruje 10 oczek w górę, choć nadal czuję się jak idiota. Garry naprawdę o nas dba. Tylko zameldowaliśmy się w biurze, a on od razu udał się po piwo do pobliskiego sklepu. Smakujemy razem tokajskiego winka, o którym zapomnieliśmy przy obiedzie i ruszamy na miasto. Jeszcze tyko pamiątkowa fotka… gdzie jest aparat? Tryby obracają się powoli, rozleniwione całodziennym słońcem, czekam aż w mojej głowie nastąpi charakterystyczny „klik”, oznaczający nagłe olśnienie, jednak nic nie słychać. Jest tylko jakaś marna namiastka świadomości… chyba widziałem go w czerwonym płóciennym worku. Tak, aparat powinien być w czerwonym płóciennym worku, jestem prawie pewien, nawet widzę na slajdach pamięci jak go tam wkładałem. Tylko gdzie jest czerwony worek? Mam dziwne wrażenie, że widziałem go w niebieskim worku… Jest! Czuję się jak Tomb Rider! Witamy w naszej najnowszej codzienności. Aby zobrazować Ci to nieco lepiej ujmę to tak. Znasz to uczucie gdy czegoś mocno potrzebujesz, szukasz jak szalony, a tego nigdzie nie ma? Zaraz po nim nadchodzi kolejne uczucie, że czegoś mocno potrzebujesz i to już! Teraz nie szukasz jak szalony, bo to robiłeś przez ostatnie 10 minut, ale robisz to metodycznie wydzielając sobie obszary przeszukiwanego miejsca i skanujesz jeden po drugim. Wiesz, że to gdzieś tu jest. Ba, jesteś pewien, że położyłeś to w miejscu, które wydawało Ci się na tamtą chwilę najbardziej oczywistym na świecie i że na pewno odkładając fanta właśnie tam, w sekundę go znajdziesz. Więc jesteś tu i szukasz przedmiotu leżącego w najbardziej oczywistym miejscu już pół dnia. W końcu dochodzisz do tego stanu desperacji (bo przeszukałeś już całe mieszkanie, najpierw w szaleństwie, potem z metodą) wzdłuż i wszerz, że jesteś gotów zajrzeć za kluczykami od samochodu nawet do lodówki! Znasz? My na szczęście, jeszcze daleko jesteśmy od niego. Całe życie w uporządkowanym bałaganie, uczy jak odnaleźć aparat ukryty w czerwonym worku, ukryty w niebieskim worku, który nie wiesz gdzie jest, ale… to nadal nie jest moje ulubione zajęcie 😉     Finałowe zwiedzanko.   Dziś finał Mistrzostw Europy! Pierwszy w życiu który obejrzę za granicą. Mała rundka po starym mieście zanim trafiamy do ogródka z telewizorem. dzwonia_do_siebie_z_budkiSiara?! Centrum Nyiregyhazy okazuje się być bardzo urokliwym miejscem. Zahaczamy się gdzieś gdzie serwują transmisję z finału i… humory nam się psują bo Portugalia wygrywa… choć może to i dobrze? Dobrze dla prestiżu polskiego futbolu. My odpadliśmy z Portugalią w ćwierćfinale a oni teraz dobywają puchar. Mistrzowie Europy wygrali z nami tylko dlatego, że mieli wtedy więcej szczęścia w karnych… jest powód do dumy 😉 Po powrocie z centrum rozbijamy nasz biurowy obóz. spiwory_na_podlodze   Rano Garry wpada do nas około 10ej z kanapkami kupionymi w pobliskim sklepie 😉 I love this guy! Pyta czy nie było tu żadnych studentów, bo tego miejsca, okazuje się, używa do pracy w biurze karier. Niespieszne pakowanie i śniadaniowanie zajmuje nam 2h. Mieliśmy wyciągniętą część obozowego ekwipunku i teraz trzeba było zreorganizować wszystkie 3 kufry. Jeszcze tylko pożegnalna fotka: zdjecie_w_kaskach I w końcu wyjeżdżamy do Hajduszoboszlo, yeah! Wpis poprzedni Wpis kolejny

5 komentarzy

  1. I doczekałem i doczytałem. I dalej tak. A groty taż kiedyś podziwiałem. Dzięki za opisane wrażenia.

    • cała przyjemność po mojej stronie 😉

  2. Piękne doznania krajobrazowe i ten upał. A z dwojga złego jak by tak padało jak dziś . Do tego wiatr. Wciągają ca lektura przy takiej slocie. 😆🐱🐺🐈🐖🐀🐘🌹🐡🍎🍦🍭😭👰👍😨🐸🎡⛽🌒🌧☈🌝🎲♨➿♞☌🆗⚭⛾

  3. Ja ostatnio szukałem zęba, ale póki co go nie znalazłem.

    • Może to jest ząb mądrości i mądrze się ukrył…

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *